Niezależnie od tego będę chodzić na kurs francuskiego, który będzie w gminie. Jak teraz jestem bezrobotna, to nareszcie mam czas na wszystko, o czym mogłam pomarzyć wcześniej. Przynajmniej taka zaleta... Nawet wstaję trochę wcześniej i rzadko śpię do 12. Będę się teraz dokształcać intensywniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Bilans:
10:00 - jogurt naturalny 150g - 50
2 morele - 42
wafel ryżowy - 26
12:00 - mus dla niemowlaków - 107
14:45 - 3 kromki chrupkiego - 63
mus paprykowy do smarowania - 30
gotowane jajko - 78
pomidor - 26
16:30 - kawa z mlekiem - 30
2 wafle ryżowe - 52
Razem: 504 kcal.
Jak zwykle najtrudniej było mi wczesnym popołudniem. Naprawdę nie wiem, dlaczego wtedy jestem strasznie głodna, a po 17 już w ogóle nie odczuwam głodu. Kładę się przecież spać bardzo późno. To oczywiście lepiej, bo wieczorem nic nie jem. Wczesnym popołudniem mam różne myśli, ale je pokonuję, bo wiem, że warto walczyć.
Moje dzisiejsze śniadanie, czyli herbata miętowa, jogurt naturalny z dwiema morelami i wafel ryżowy:
Taki wisiorek sobie ostatnio kupiłam:
Druga część mojej historii:
Drugi
etap mojego życia rozpoczął się w wieku 21 lat. Byłam na drugim roku studiów.
Non stop kułam, nie miałam poza tym życia. Nigdzie nie wychodziłam. Kiedy moi
rodzice wracali do domu, to od razu wołali moje imię, bo wiedzieli, że ja na
pewno jestem. Siostra i brat wychodzili do znajomych, ja zawsze siedziałam w
domu i czekałam na rodziców. Odrzucałam zaproszenia na imprezy, aż inni przestali
mnie zapraszać. Pamiętam, że koleżanka zaprosiła mnie raz na sylwestra, ale ja
odmówiłam, bo stwierdziłam, że nie mogę zmarnować dnia i wieczoru. Pamiętam, że
na dworze były fajerwerki, ludzie się bawili, a ja siedziałam w swoim pokoju i
kułam na pamięć niemieckie ballady. Kiedy fajerwerki się skończyły, to byłam
szczęśliwa, bo mogłam dalej spokojnie się uczyć. Kiedy były święta i goście, to
ja tylko na chwilę do nich schodziłam, bo przecież musiałam się uczyć. Tak
spędzałam każdy dzień, każdy weekend. Piątkowe i sobotnie wieczory też. Nie
było wolnego czasu. W niedzielę zawsze szłam na pierwszą mszę, żeby potem cały
dzień się uczyć. Zawsze byłam perfekcyjnie przygotowana. Często było tak, że
kiedy wchodziłam na egzamin, to wykładowcy mówili: „A, to pani. Pani na pewno
wszystko wie” i od razu wpisywali mi 5,0. Bez żadnego pytania. Nawet gdyby mnie
pytali, to i tak wszystko bym wiedziała. Byłam najlepszą studentką z roku. Na
studiach KAŻDY egzamin zdałam na najwyższą ocenę 5,0 i osiągnęłam na koniec maksymalną
możliwą średnią. Obrona magisterki to też była tylko formalność. Byłam jedyną,
która chodziła na konsultacje do wykładowców. Po prostu musiałam wszystko
wiedzieć. To mi zostało do dzisiaj. Jestem ambitna i chcę wiedzieć jak
najwięcej.
Ponieważ
tyle się uczyłam, to miałam najwyższe stypendium naukowe. Miałam też stypendium
specjalne, bo byłam chora i miałam przyznany stopień niepełnosprawności przez komisję lekarską.
Mieszkałam z rodzicami, więc wszystkie pieniądze miałam dla siebie. Wtedy nie
interesowałam się ciuchami ani biżuterią. Chodziłam w swetrach, dżinsach i
adidasach. Zakładałam na siebie byle co – co leżało pod ręką. Miałam tylko
jedną parę kolczyków. Staromodną, którą mój tato kupił wiele lat temu jeszcze w
dawnej Czechosłowacji. Do tej pory mam do niej sentyment. Pieniądze wydawałam
na książki (w domu u rodziców mam ponad 500 własnych).
Oprócz
tego wydawałam pieniądze niestety na słodycze. Nie wiem dlaczego. Nie potrafię
tego wyjaśnić, ale na drugim roku studiów zaczęłam faszerować się słodyczami.
CODZIENNIE jadłam tabliczkę czekolady, chipsy, ciastka, cukierki i wafelki. CODZIENNIE
popołudniu i wieczorem ten sam zestaw, tylko inne smaki. Codziennie po
zajęciach wracałam do domu z reklamówką pełną słodyczy. Zjeść jedną tabliczkę
czekolady naraz to nie był dla mnie żaden problem. Czasami jadłam kilka tabliczek
czekolady naraz (tak, dobrze przeczytałyście). Mama mówiła mi, że jem za dużo
słodyczy, ale ja nie zwracałam na to uwagi. Każdy dzień był taki sam: nauka i
słodycze, a poza tym jadłam to, co gotowała moja mama. Z tym że ona nie gotuje
kalorycznie i rzadko smaży. Rzadko też piecze ciasta, bo nie ma czasu. Nie miałam żadnej aktywności fizycznej, nie uprawiałam żadnego sportu. Jedyną aktywnością fizyczną było chodzenie na uczelnię i do kościoła.
Tak
było na drugim, trzecim i czwartym roku studiów. Przytyłam z 48 kg do ok. 65
kg. To i tak cud, że tylko tyle. Muszę powiedzieć, że przy takich ilościach
niezdrowych kalorii na dzień każdy przytyje, nawet człowiek mający doskonałą
przemianę materii i nie mający skłonności do tycia. Nawet naturalnie chuda
osoba przytyje od takiej ilości słodyczy. Naprawdę jest BARDZO mało osób, które
by nie przytyły przy takim obżeraniu się.
Ja
niestety w tamtych latach zepsułam moją doskonałą przemianę materii i żałuję do
dziś, że nie posłuchałam rodziców. Gdybym wtedy tyle nie żarła, to do dzisiaj
byłabym chuda i do dzisiaj nie wiedziałabym, co to jest odchudzanie.
W
trzeciej części mojej historii będzie o pierwszej skutecznej diecie, czyli o
czasie, kiedy postanowiłam zrzucić zbędne kilogramy. Była to zdrowa dieta.
Dzisiaj modelki:









