Rano byłam w kościele. Dzisiaj zamiast zwykłej mszy był musical biblijny w wykonaniu dzieci. W całym kościele była piękna scenografia. Ten musical był naprawdę super. Występowały starsze i młodsze dzieci. Slodkie były takie małe szkraby, które tańczyły i śpiewały. Potem dekoracje zostały posprzątane i była jeszcze msza, ale już bez kazania. Bardzo mi się ten musical podobał, zresztą tu w kościele zawsze jest fajnie.
Dzisiaj strasznie leje. Jest zimno. Siedzę w grubym swetrze i piję gorącą herbatę. Super, że nie ma upałów, ale teraz niebo przez cały dzień jest bardzo ciemne i nastrój trochę depresyjny. Od jutra będzie lepiej, bo będę mieć więcej do roboty. Rozmawiałam dziś z mamą na Skypie. Jak zwykle pytała, czy coś jem. Potem uczyłam się hiszpańskiego, a także zaczęłam zgłębiać francuski, gdyż jutro zaczynam obserwować lekcje. Napisałam też artykuł na moją stronę, także zrobiłam coś pożytecznego.
No właśnie, jutro idę do szkoły na kilka godzin (hospitacja lekcji, dyżur w bibliotece), potem do znajomych. Nie będę miała popołudniu ani wieczorem czasu na zakupy, więc muszę wstać 2 godziny wcześniej i pójść do supermarketu rano. Muszę, bo nie mam prawie nic do jedzenia, a mam ochotę na moje ulubione musy dla niemowląt. Nie mam też jajek, pomidorów, pieczywa chrupkiego, wędliny i jeszcze kilku innych rzeczy. Mam tylko morele, parę jabłek i puszkę zupy WW.
Moja mp3 na szczęście sama się naprawiła. Uf! Miałam niezłą ulgę :) Chciałam pójść biegać, ale za bardzo leje. Szkoda.
Bilans:
10:00 - kawa z mlekiem - 30
2 wafle ryżowe - 52
2 kromki chrupkiego - 42
12:30 - kawa z mlekiem (mniej mleka) - 15
13:30 - 3 kromki chrupkiego - 63
gotowane jajko - 78
pomidor - 26
mus paprykowy do smarowania - 30
15:30 - kromka chrupkiego - 21
16:30 - jogurt naturalny 150g - 50
2 morele - 42
Razem: 449 kcal.
Dzisiaj było więcej suchego prowiantu. Przez całe popołudnie miałam straszną ochotę na drożdżówkę, ale wiedziałam, że nie pójdę do cukierni. Dodawałam do herbaty słodziku i ochota na coś słodkiego minęła.
Ostatnia część mojej historii związanej z dietą:
Na początku sierpnia minęło
12 miesięcy, odkąd jestem z Aną. Od tego czasu schudłam 13 kg. Było tu kilka
etapów, w których nie byłam na surowej diecie i dużo jadłam (głównie kiedy
byłam na świętach u rodziców w Polsce). Nie zmienia to faktu, że wtedy miałam niesamowite
wyrzuty sumienia. Było wymiotowanie, były środki przeczyszczające. Od tych 12
miesięcy tkwię w obsesji. Boję się jedzenia. Wydaje mi się, że od razu od niego przytyję. Kiedy idę przez miasto, to tylko porównuję się z innymi
kobietami. Patrzę tylko na to, która jest chudsza albo grubsza ode mnie.
Odkąd zaczęłam to wszystko,
to ciągle liczę kalorię, ciągle planuję, co zjem następnego dnia. Nie jem
spontanicznie. Nie uczyniło mnie to szczęśliwszą (ale nie oczekiwałam tego, bo
nie jestem naiwna).
Zazdroszczę ludziom, którzy
jedzą normalnie i którzy nie mają pojęcia, ile kalorii ma pomidor, ogórek,
jabłko, kromka chleba, mleko albo kawałek kurczaka. Ja potrafię podać wartość
kaloryczną każdego produktu. Ja już nie pamiętam, jak to jest normalnie jeść.
Już nie pamiętam, co brałam do jedzenia do pracy rok temu ani co wtedy jadłam
na śniadanie.
Zaczynałam normalnie: od
mniej więcej 1200 kcal dziennie. Wtedy schudłam i każdy to zauważył. Nie
potrafię wyjaśnić, dlaczego potem tak drastycznie ograniczyłam jedzenie. Już
kilka lat temu udało mi się schudnąć i jeść normalnie. Dlaczego teraz tak nie potrafię? Sama nie wiem.
Na zakupach zawsze mam przy
sobie listę, ale i tak chodzę po supermarkecie ponad godzinę: wkładam i
wykładam różne produkty z koszyka, liczę kalorie, sprawdzam, czy jednak nie
wyprodukowali czegoś mniej kalorycznego… Nienawidzę siebie za to.
Nie potrafię uwierzyć w to,
że jeszcze rok temu ważyłam 13 kg więcej. Wtedy byłam zadowolona z siebie (!). Nigdy
bym nie przypuszczała, że kiedyś wpadnę w kompleksy, bo nie znałam tego słowa. Dlaczego pewnego dnia stanęłam przed
lustrem i powiedziałam sobie, że jestem gruba? Dlaczego porównuję się z innymi
i twierdzę, że jestem od nich grubsza, chociaż wiem, że to nieprawda? Bo
obiektywnie widzę, że te osoby przecież noszą większy rozmiar. Dlaczego wydaje
mi się, że każdy myśli, że jestem tłusta, kiedy na mnie patrzy? A co, jeśli
naprawdę tak jest?
W tym czasie zdarzyło mi
się wymiotować. Były tygodnie, kiedy robiłam to codziennie. Skończyłam z tym,
bo wolę nie zjeść niż potem wymiotować. Nie chcę rozerwać sobie przełyku i
umrzeć. Środki przeczyszczające też mam za sobą, ale też z nimi skończyłam. Na
szczęście mam silną wolę. Wymiotowanie pewnie jeszcze mi się zdarzy, ale na
pewno sporadycznie (prawdopodobnie jak ktoś mnie zmusi do jedzenia).
Martwi mnie tylko moje
zdrowie. Okresu już od dawna ani śladu… Czy jeśli kiedyś wyjdę za mąż, to czy będę
mogła zajść w ciążę? Może funduję sobie bezpłodność? Czasami jestem zaskoczona,
że jeszcze żyję. Jem tyle, żeby nie umrzeć, ale mimo to czasami boję się, że
rano się nie obudzę.
NIKT, kto je normalnie,
tego nie zrozumie.
Z drugiej strony czuję, że
odchudzanie to jedyna dziedzina życia, którą kontroluję. Nic innego nie zależy ode mnie. Czuję, że jestem ponad
ludźmi, którzy obżerają się i tyją. Kiedy widzę grubych ludzi kupujących w supermarkecie
pizzę albo słodycze, to robi mi się niedobrze. Kiedy widzę na mieście grubych
ludzi jedzących lody albo fast foody, to myślę, że ja na ich miejscu bym się wstydziła. Dlatego
czuję, że ja jestem od nich lepsza. Są osoby, które mi zazdroszczą, ale nie
potrafią wziąć się za siebie. Pewnie, lepiej narzekać: „Ale ja mam wałki
tłuszczu”, „Ale masz szczupłą twarz, też bym tak chciała” albo „Ale ja jestem
gruba”. Po prostu ruszcie tyłek, a najpierw opróżnijcie lodówkę…
Powiem tak: to wszystko to jednak
ciągle za mało. Ja się nie poddam. To po prostu nie w moim stylu. Nie
przestanę, bo tylko dietę w moim życiu mogę całkowicie kontrolować. Chcę
osiągnąć mój cel. Na inne rzeczy nie mam aż takiego wpływu.
Bloga prowadzę od końca
listopada zeszłego roku. Najpierw był oczywiście blog na Onecie (niestety skasowałam go). Ach, to były
czasy! Cieszę się, że zaczęłam pisać o odchudzaniu w Internecie. A jak to się
zaczęło? Wpisałam w wyszukiwarkę „blogi o odchudzaniu” i znalazłam to, czego
szukałam. Był to blog jednej z Was i dalej on istnieje. Ciekawe, czy ta osoba
się domyśla :) Wtedy postanowiłam założyć swojego bloga.
Kto w tym nie tkwi, nie
zrozumie tej obsesji, która zawładnęła życiem.
Czy żałuję? Nie. Mimo
wszystko nie żałuję.
Wiem na pewno, że mogę być
jeszcze szczuplejsza. Mam bardzo chude kości. Nie wiem, czy tak można
powiedzieć, ale wiecie, o co chodzi. Kiedy patrzę na swoje biodra, to widzę, że
z każdej strony brakuje mi mniej więcej 3 cm, żeby kości biodrowe mi wystawały.
Mam wąską miednicę. Z natury jestem chuda, walczę więc dalej.
Kiedy osiągnę cel, to
trzeba będzie pomyśleć o powolnym zwiększaniu wartości kalorycznej i powrocie
do normalności. Nie wiem, czy mi się uda, ale na pewno spróbuję.
Wrzucam jeszcze moje nowe zdjęcia: