Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moja historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moja historia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 sierpnia 2012

449 / Moja historia. Cz. 5. Obsesja

Rano byłam w kościele. Dzisiaj zamiast zwykłej mszy był musical biblijny w wykonaniu dzieci. W całym kościele była piękna scenografia. Ten musical był naprawdę super. Występowały starsze i młodsze dzieci. Slodkie były takie małe szkraby, które tańczyły i śpiewały. Potem dekoracje zostały posprzątane i była jeszcze msza, ale już bez kazania. Bardzo mi się ten musical podobał, zresztą tu w kościele zawsze jest fajnie.

Dzisiaj strasznie leje. Jest zimno. Siedzę w grubym swetrze i piję gorącą herbatę. Super, że nie ma upałów, ale teraz niebo przez cały dzień jest bardzo ciemne i nastrój trochę depresyjny. Od jutra będzie lepiej, bo będę mieć więcej do roboty. Rozmawiałam dziś z mamą na Skypie. Jak zwykle pytała, czy coś jem. Potem uczyłam się hiszpańskiego, a także zaczęłam zgłębiać francuski, gdyż jutro zaczynam obserwować lekcje. Napisałam też artykuł na moją stronę, także zrobiłam coś pożytecznego.

No właśnie, jutro idę do szkoły na kilka godzin (hospitacja lekcji, dyżur w bibliotece), potem do znajomych. Nie będę miała popołudniu ani wieczorem czasu na zakupy, więc muszę wstać 2 godziny wcześniej i pójść do supermarketu rano. Muszę, bo nie mam prawie nic do jedzenia, a mam ochotę na moje ulubione musy dla niemowląt. Nie mam też jajek, pomidorów, pieczywa chrupkiego, wędliny i jeszcze kilku innych rzeczy. Mam tylko morele, parę jabłek i puszkę zupy WW.

Moja mp3 na szczęście sama się naprawiła. Uf! Miałam niezłą ulgę :) Chciałam pójść biegać, ale za bardzo leje. Szkoda.

Bilans:
10:00 - kawa z mlekiem - 30
2 wafle ryżowe - 52
2 kromki chrupkiego - 42
12:30 - kawa z mlekiem (mniej mleka) - 15
13:30 - 3 kromki chrupkiego - 63
gotowane jajko - 78
pomidor - 26
mus paprykowy do smarowania - 30
15:30 - kromka chrupkiego - 21
16:30 - jogurt naturalny 150g - 50
2 morele - 42

Razem: 449 kcal.

Dzisiaj było więcej suchego prowiantu. Przez całe popołudnie miałam straszną ochotę na drożdżówkę, ale wiedziałam, że nie pójdę do cukierni. Dodawałam do herbaty słodziku i ochota na coś słodkiego minęła.

Ostatnia część mojej historii związanej z dietą:

Na początku sierpnia minęło 12 miesięcy, odkąd jestem z Aną. Od tego czasu schudłam 13 kg. Było tu kilka etapów, w których nie byłam na surowej diecie i dużo jadłam (głównie kiedy byłam na świętach u rodziców w Polsce). Nie zmienia to faktu, że wtedy miałam niesamowite wyrzuty sumienia. Było wymiotowanie, były środki przeczyszczające. Od tych 12 miesięcy tkwię w obsesji. Boję się jedzenia. Wydaje mi się, że od razu od niego przytyję. Kiedy idę przez miasto, to tylko porównuję się z innymi kobietami. Patrzę tylko na to, która jest chudsza albo grubsza ode mnie. 

Odkąd zaczęłam to wszystko, to ciągle liczę kalorię, ciągle planuję, co zjem następnego dnia. Nie jem spontanicznie. Nie uczyniło mnie to szczęśliwszą (ale nie oczekiwałam tego, bo nie jestem naiwna).

Zazdroszczę ludziom, którzy jedzą normalnie i którzy nie mają pojęcia, ile kalorii ma pomidor, ogórek, jabłko, kromka chleba, mleko albo kawałek kurczaka. Ja potrafię podać wartość kaloryczną każdego produktu. Ja już nie pamiętam, jak to jest normalnie jeść. Już nie pamiętam, co brałam do jedzenia do pracy rok temu ani co wtedy jadłam na śniadanie.

Zaczynałam normalnie: od mniej więcej 1200 kcal dziennie. Wtedy schudłam i każdy to zauważył. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego potem tak drastycznie ograniczyłam jedzenie. Już kilka lat temu udało mi się schudnąć i jeść normalnie. Dlaczego teraz tak nie potrafię? Sama nie wiem. 

Na zakupach zawsze mam przy sobie listę, ale i tak chodzę po supermarkecie ponad godzinę: wkładam i wykładam różne produkty z koszyka, liczę kalorie, sprawdzam, czy jednak nie wyprodukowali czegoś mniej kalorycznego… Nienawidzę siebie za to.

Nie potrafię uwierzyć w to, że jeszcze rok temu ważyłam 13 kg więcej. Wtedy byłam zadowolona z siebie (!). Nigdy bym nie przypuszczała, że kiedyś wpadnę w kompleksy, bo nie znałam tego słowa. Dlaczego pewnego dnia stanęłam przed lustrem i powiedziałam sobie, że jestem gruba? Dlaczego porównuję się z innymi i twierdzę, że jestem od nich grubsza, chociaż wiem, że to nieprawda? Bo obiektywnie widzę, że te osoby przecież noszą większy rozmiar. Dlaczego wydaje mi się, że każdy myśli, że jestem tłusta, kiedy na mnie patrzy? A co, jeśli naprawdę tak jest? 

W tym czasie zdarzyło mi się wymiotować. Były tygodnie, kiedy robiłam to codziennie. Skończyłam z tym, bo wolę nie zjeść niż potem wymiotować. Nie chcę rozerwać sobie przełyku i umrzeć. Środki przeczyszczające też mam za sobą, ale też z nimi skończyłam. Na szczęście mam silną wolę. Wymiotowanie pewnie jeszcze mi się zdarzy, ale na pewno sporadycznie (prawdopodobnie jak ktoś mnie zmusi do jedzenia).

Martwi mnie tylko moje zdrowie. Okresu już od dawna ani śladu… Czy jeśli kiedyś wyjdę za mąż, to czy będę mogła zajść w ciążę? Może funduję sobie bezpłodność? Czasami jestem zaskoczona, że jeszcze żyję. Jem tyle, żeby nie umrzeć, ale mimo to czasami boję się, że rano się nie obudzę.

NIKT, kto je normalnie, tego nie zrozumie.

Z drugiej strony czuję, że odchudzanie to jedyna dziedzina życia, którą kontroluję. Nic innego nie zależy ode mnie. Czuję, że jestem ponad ludźmi, którzy obżerają się i tyją. Kiedy widzę grubych ludzi kupujących w supermarkecie pizzę albo słodycze, to robi mi się niedobrze. Kiedy widzę na mieście grubych ludzi jedzących lody albo fast foody, to myślę, że ja na ich miejscu bym się wstydziła. Dlatego czuję, że ja jestem od nich lepsza. Są osoby, które mi zazdroszczą, ale nie potrafią wziąć się za siebie. Pewnie, lepiej narzekać: „Ale ja mam wałki tłuszczu”, „Ale masz szczupłą twarz, też bym tak chciała” albo „Ale ja jestem gruba”. Po prostu ruszcie tyłek, a najpierw opróżnijcie lodówkę… 

Powiem tak: to wszystko to jednak ciągle za mało. Ja się nie poddam. To po prostu nie w moim stylu. Nie przestanę, bo tylko dietę w moim życiu mogę całkowicie kontrolować. Chcę osiągnąć mój cel. Na inne rzeczy nie mam aż takiego wpływu.

Bloga prowadzę od końca listopada zeszłego roku. Najpierw był oczywiście blog na Onecie (niestety skasowałam go). Ach, to były czasy! Cieszę się, że zaczęłam pisać o odchudzaniu w Internecie. A jak to się zaczęło? Wpisałam w wyszukiwarkę „blogi o odchudzaniu” i znalazłam to, czego szukałam. Był to blog jednej z Was i dalej on istnieje. Ciekawe, czy ta osoba się domyśla :) Wtedy postanowiłam założyć swojego bloga. 

Kto w tym nie tkwi, nie zrozumie tej obsesji, która zawładnęła życiem.

Czy żałuję? Nie. Mimo wszystko nie żałuję. 

Wiem na pewno, że mogę być jeszcze szczuplejsza. Mam bardzo chude kości. Nie wiem, czy tak można powiedzieć, ale wiecie, o co chodzi. Kiedy patrzę na swoje biodra, to widzę, że z każdej strony brakuje mi mniej więcej 3 cm, żeby kości biodrowe mi wystawały. Mam wąską miednicę. Z natury jestem chuda, walczę więc dalej.

Kiedy osiągnę cel, to trzeba będzie pomyśleć o powolnym zwiększaniu wartości kalorycznej i powrocie do normalności. Nie wiem, czy mi się uda, ale na pewno spróbuję.

Wrzucam jeszcze moje nowe zdjęcia:




sobota, 25 sierpnia 2012

490 / Moja historia. Cz. 4. Znowu Niemcy i efekt jojo

Wstałam dziś o 10:30. Wcześniej nigdy nie wstawałam w soboty tak wcześnie. Starałam się spędzić dzień pożytecznie. Napisałam artykuł na moją stronę germanistyczną, pouczyłam się hiszpańskiego. Potem czytałam. Popołudniu zadzwonili do mnie przyjaciele z pytaniem, czy mogą przyjechać. Mniej więcej raz w tygodniu pomagam ich synowi w zadaniach domowych. Oni mówią po niemiecku nieźle, ale nie płynnie, dlatego nie są w stanie mu pomóc. Chcieli mi za to płacić, ale powiedziałam, że nie wezmę od nich ani centa, bo to w końcu moi przyjaciele i też mi pomagają. Byli u mnie prawie 2 godziny. Dzisiaj pomagałam ich synowi w zadaniach z niemieckiego, przyrody, religii i angielskiego.

Miałam pójść dzisiaj do supermarketu, ale jakoś nie chciało mi się. Pójdę w poniedziałek albo we wtorek. Dobrze, że jest chłodno. Nienawidzę upałów.

Wieczorem byłam biegać. Biegałam przez 52 minuty. Miałam parę dni przerwy i łapała mnie kolka, ale pomyślałam sobie: kochana, nie ma, że boli.

Kiedy wróciłam, to chciałam wyłączyć odtwarzacz mp3. Chyba jakoś zepsułam, ale nie wiem jak. Wyłączałam tak jak zwykle i się zatrzymało na napisie "power off". Cały czas tak się świeci i nie da się nic zrobić. Komputer nagle też mi go nie odczytuje. Jestem załamana. Mam ten mp3 od dwóch lat i do tej pory działało perfekcyjnie. Co nagle mogło się stać? Nie wiem, co zrobiłam nie tak. Będę chyba musiała kupić nowy. Jak zwykle musi być jakiś problem. Nie może być przecież tak, że chociaż przez 5 minut nie mam żadnego problemu...

Bilans:
10:45 - 3 wafle ryżowe - 78
kawa z mlekiem - 30
13:30 - jogurt naturalny 150g - 50
łyżka otrębów pszennych - 7
2 morele - 42
kromka chrupkiego z musem paprykowym - 30
15:30 - kawa z mlekiem - 30
16:30 - gotowane jajko - 78
3 kromki chrupkiego - 63
pomidor - 26
mus paprykowy - 30
wafel ryżowy - 26

Razem: 490 kcal. 

Jogurt naturalny z morelą i otrębami pszennymi. Bardzo lubię! 




Przedostatnia część mojej historii:


Na piątym roku studiów trzeba było oczywiście zacząć szukać pracy. Wiedziałam doskonale, jak jest w Polsce, a szczególnie na moim Podkarpaciu, więc nie miałam żadnej nadziei. Rano chodziłam na zajęcia, popołudniu robiłam nadobowiązkowe praktyki, do domu wracałam późno. Uczyłam się też języków obcych. Podania o pracę złożyłam w ok. 200 szkołach. Wszystko na nic. Potem żałowałam, że straciłam pieniądze na drukowanie CV. W większości tych szkół byłam osobiście. Przez prawie 3 miesiące objeżdżałam całą okolicę, żeby składać te podania. Jeździłam oczywiście autobusami, więc dużo czasu mi to zajęło. Było to w drugim semestrze, kiedy miałam mniej zajęć na uczelni.

Nie miałam żadnych znajomości, więc byłam skreślona. Potem się dowiedziałam, że np. w jednej szkole pracę dostała moja koleżanka z roku, która miała średnią niewiele ponad 3, nigdy nie była w Niemczech, a na dodatek nawet nie mówiła poprawnie po niemiecku… To ja powinnam była dostać tę pracę. Rozmowy kwalifikacyjnej oczywiście nie było. Przecież w większości polskich szkół dyrektorzy nie zadają sobie trudu, tylko zatrudniają kogoś znajomego. Potem są tacy nauczyciele, jacy są. 


Na uczelni pewnego dnia zobaczyłam ogłoszenie o zagranicznym stypendium. Można było wyjechać do innego kraju, żeby tam uczyć. Pomyślałam sobie: dlaczego nie? Musiałam wypełnić bardzo długi wniosek, ok. 30 stron, dokładnie wszystko uzasadnić i opisać, co bym chciała robić w zagranicznej szkole, napisać o swoich doświadczeniach i planach. Mało brakowało, a nie złożyłabym tego wniosku. Przez codzienną bieganinę miałam mało czasu i wypełniałam ten wniosek w ostatni możliwy termin – deadline. Napisałam wszystko prostymi słowami, nie wymyślałam nic specjalnego. Uzupełniłam wszystko w 2 godziny, a było tego mnóstwo. Może to właśnie zachwyciło komisję w Warszawie? Wnioski złożyło ponad 500 osób, stypendium dostało 80. W tym ja.


Najpierw dowiedziałam się, że dostałam to stypendium. Potem, dokąd pojadę. Okazało się, że skierowano mnie do Niemiec. Przed wyjazdem jeszcze liczyłam, że może z którejś szkoły się odezwą, bo wcale nie chciałam opuszczać Polski, ale oczywiście nie dostałam żadnego telefonu. Obrona pracy magisterskiej była formalnością. Nie stresowałam się w ogóle.

Wykorzystałam wakacje, żeby spędzić czas z rodziną. Wcześniej popatrzyłam tylko na mapę Niemiec, żeby wiedzieć, dokąd w ogóle jadę. Skontaktowałam się ze szkołą, znaleźli mi mieszkanie i w połowie sierpnia pojechałam. Nie bałam się, bo przecież wcześniej już żyłam w Niemczech.


Pierwsze dni w niemieckiej szkole były trudne. W ogóle mnie nie przygotowano do niczego. Szkoła funkcjonowała inaczej niż polskie szkoły. To był szok. W pierwszy dzień poszłam na lekcje, nie znając nawet regulaminu szkoły. Nikt nie wpadł na to, żeby mi go dać. Ciężko mi było. Na początku nie umiałam radzić sobie z uczniami. W pierwszych tygodniach często wracałam do mieszkania i płakałam z nerwów. Nawet na weekendach nie mogłam się uspokoić. Musiały minąć 2-3 miesiące, zanim wyrobiłam w sobie odporność psychiczną i utwierdziłam się w tym, że chcę być nauczycielką. Cieszyłam się też, że mieszkam sama i że jestem niezależna.  


Zaczęłam jeść słodycze, ale nie ze stresu. Zaczęłam je jeść, bo w Niemczech są moje ulubione czekolady, których nie ma w Polsce. Poza tym często kupowałam w piekarni tradycyjne niemieckie wypieki. Znowu codziennie jadłam słodycze (ale nie tyle co w najgorszym okresie). Często jadłam też niestety smażone jedzenie. Nie uprawiałam sportu. Efekt jojo zaliczyłam więc z własnej głupoty. W ciągu roku szkolnego wróciłam do swojej najwyższej wagi, czyli ok. 65 kg. Wtedy zaczęło mi to jednak bardzo przeszkadzać. Na wiosnę zeszłego roku zaczęłam popadać w skrajności. Postanowiłam np. jeść tylko marchewki, wytrzymałam kilka dni i rzuciłam się na jedzenie. Myślałam, że nie dam rady schudnąć. 


Po pierwszym roku w niemieckiej szkole wróciłam do Polski, bo nie wiedziałam, czy dostanę umowę w szkole. Wakacje spędziłam u rodziców. Jadłam wtedy dużo słodyczy i lodów. Usiłowałam znaleźć pracę w Polsce, ale tylko straciłam pieniądze na jeżdżenie na rozmowy kwalifikacyjne. W lipcu dostałam maila z Niemiec, że jednak dostanę umowę, więc było jasne, że wracam do Niemiec. Nie wahałam się. Na początku sierpnia zeszłego roku wróciłam więc tu, gdzie do tej pory jestem. To wtedy wpadłam w pro Anę, ale o ostatnim etapie już jutro. Od tamtej pory z Nią jestem.  

Dzisiaj Kate w eleganckich sukniach:


piątek, 24 sierpnia 2012

396 / Moja historia. Cz. 3. Pierwsza dieta

Pod ostatnim postem pojawiło się wiele komentarzy ze zdaniem, że jadłam tyle słodyczy, bo byłam samotna. Już to napisałam, ale napiszę jeszcze tu, że to absolutnie nieprawda. Nie byłam wtedy samotna, bo mieszkałam z rodzicami i rodzeństwem. Wręcz przeciwnie: to był bardzo szczęśliwy okres mojego życia. Wspaniale go wspominam. Niczego mi wtedy nie brakowało. Świadomie odrzucałam zaproszenia na imprezy, świadomie byłam singielką. Ja jestem typem samotnika i to trwa do dzisiaj. Już od kilku lat mieszkam sama i jest mi tak dobrze. Gdybym chciała, to bym teraz zajadała samotność słodyczami, ale nie mam takiej potrzeby, bo lubię samotność. Nie jestem też osobą, która zajada stres. Jadłam wtedy tyle słodyczy, bo chciałam, a potem się od nich uzależniłam. Nie ma tu drugiego dna.

Wczoraj w nocy była burza. Kiedy dzisiaj rano się obudziłam, to nie było internetu. Byłam załamana. Już myślałam, że modem mi padł. Na szczęście naprawiłam. Następnym razem na wszelki wypadek odłączę modem z gniazdka. Założyłam dzisiaj bluzkę, w której od roku nie chodziłam. Kiedyś była obcisła, dzisiaj jest luźna.

Poszłam do szkoły. Nie mam klucza, więc zapukałam do pokoju nauczycielskiego. Drzwi otworzyła mi moja największa hejterka. Na mój widok zrobiła kpiącą minę. Tak się skrzywiła, że aż zachciało mi się śmiać. Współczuję jej. Przez tę nienawiść na twarzy wygląda po prostu staro. W pokoju nauczycielskim na stole były ciastka, ale nie skusiłam się.

Popołudniu byłam u przyjaciół, potem obejrzałam sobie na DVD koncert jednej z moich ulubionych piosenkarek i pouczyłam się hiszpańskiego. Teraz oglądam w necie mecz, gdyż dzisiaj startuje Bundesliga.

Bilans:
10:00 - 3 wafle ryżowe - 78
13:20 - 2 morele - 42
14:00 - 2 gałki lodów - 220 (?)
16:00 - wafel ryżowy - 26
19:00 - kromka chrupkiego z musem paprykowym - 30

Razem: 396 kcal. 

Te dwie gałki lodów zjadłam całkowicie świadomie. Zgodnie z moimi zasadami pozwalam sobie czasami na coś zakazanego. Grunt to umieć przestać, zjeść tylko jedną rzecz i nie wpadać w ciąg. Ja to potrafię. Dlatego nie mam wyrzutów sumienia. Nie jestem osobą, która zalicza napady. Dieta trwa cały czas.

Następna część mojej historii:


Na czwartym roku studiów moja nieskończona ambicja zagoniła mnie do Niemiec. Jako świetna studentka oczywiście dostałam stypendium. Przez 2 semestry studiowałam na niemieckim uniwersytecie. Inni studenci z zagranicy wykorzystywali ten czas do zabawy. Ja nie. Popołudnia spędzałam w bibliotece i pilnie zbierałam materiały do pracy magisterskiej. W drugim semestrze musiałam pracować. Stypendium było niskie i nie wystarczało. Zazdrościłam dziewczynom ze Skandynawii, bo one dostawały kupę kasy. Chodziły na zakupy i do kina, podróżowały. Rodzice mi nie mogli pomóc, więc musiałam sama na siebie zarobić. Rano i popołudniu byłam na zajęciach, potem wracałam na chwilę do mieszkania, a codziennie wieczorem sprzątałam klinikę dentystyczną. Było ciężko, bo jako sprzątaczka nie mogłam wyjść na górę, dopóki byli pacjenci. Nieraz siedziałam bezczynnie i czekałam godzinę albo dwie. Nieraz wracałam do mieszkania o północy, a następnego dnia musiałam wstać wcześnie na zajęcia. Byłam jednak z siebie dumna, bo zarabiałam pieniądze sama i sama się utrzymywałam. Nikogo o nic nie prosiłam – taki jest mój charakter. Oczywiście chodziłam na wiele zajęć i egzaminy zdawałam ze świetnymi wynikami. 


Na studiach zagranicą zrozumiałam jednak coś, co wcześniej było dla mnie niepojęte – że poza nauką istnieje życie. Nadal uczyłam się bardzo dużo, ale zaczęłam znajdować czas na inne rzeczy. Mogę powiedzieć, że trochę odkryłam życie. W tamtym czasie nadal jednak jadłam za dużo słodyczy.


Na piąty rok studiów wróciłam do Polski. Pisałam pracę magisterską, której poświęciłam mnóstwo energii. Musiała być doskonała. Zarabiałam na siebie, udzielając korepetycji i miałam też oczywiście stypendium naukowe. Uczyłam się, ale nie tyle co kiedyś. Chciałam żyć. Nie było oczywiście żadnych imprez. Zamiast tego spędzałam więcej czasu z rodziną i częściej chodziłam do kościoła. To był piękny czas. Wspominam go z tęsknotą. Na uczelni wszystko było idealnie, bo wcześniej uczyłam się tyle, że wiedziałam już wszystko, co musiałam. Wykładowcy nadal byli zachwyceni. 


Zaraz na początku piątego roku postanowiłam schudnąć. Zaczęłam sobie brać do serca komentarze innych ludzi: że przytyło mi się w ostatnich latach, że już nie jestem taka chuda jak kiedyś, że stare ubrania są za ciasne. Zaczęłam dietę. Na czym ona polegała?


Zrezygnowałam całkowicie ze słodyczy. Jadłam tylko trochę ciasta, jak moja mama upiekła, a nie było to często.


Jadłam mniej, ale jadłam wszystko, co moja mama ugotowała. Nawet naleśniki, smażone kotlety schabowe, sałatki z majonezem albo placki ziemniaczane. Takie rzeczy moja mama robi rzadko, gotuje raczej zdrowo, więc było spoko. Często gotuje zupy. Często jest też u nas gotowane albo upieczone mięso. Dawno nie byłam w Polsce, ale na pewno dalej tak jest, bo moja mama zawsze tak gotowała. 


Na śniadanie jadłam 2 kromki chleba pełnoziarnistego z masłem, na uczelnię zabierałam 2 jabłka, w domu jadłam normalny obiad. Z kolacji zrezygnowałam. To wtedy po raz pierwszy w życiu zaczęłam pić wodę mineralną i zaczęła mi ona smakować.


Nie liczyłam kalorii. Nie wiedziałam, ile kalorii ma kromka chleba, jabłko czy mięso.


Podchodziłam do wszystkiego spokojnie. Nie użalałam się nad sobą. Do dzisiaj tego nie robię.


Nie uprawiałam żadnego sportu. Nadal go nienawidziłam i nic mnie do tego nie zmusiło.


Nikt z rodziny nawet nie zauważył, że jestem na diecie, bo jadłam normalnie, ale mniej.


Nie ważyłam się, bo w domu nigdy nie mieliśmy wagi. Raz zważyłam się u koleżanki, to wiedziałam, że po powrocie z Niemiec ważyłam prawie 65 kg. Nie znałam też swoich wymiarów. Jedynym wskaźnikiem chudnięcia były dla mnie coraz luźniejsze ubrania. Cyferki na wadze się nie liczyły. Nie obchodziło mnie to.


To nie była pro Ana. Wtedy nie wiedziałam, co to jest. To było zdrowe i normalne odchudzanie. Nie było żadnej obsesji. Nie czytałam o żadnych dietach. Jadłam mniej – to wszystko. Schudłam tylko i wyłącznie poprzez ograniczenie jedzenia.  


Po kilku miesiącach wszyscy mi mówili, że schudłam. To było widać i byłam z siebie dumna. Nie chciałam jednak więcej, to mi wystarczyło. Schudłam wtedy pewnie ok. 8 kg. Dokładnie nie wiem, bo tak jak pisałam, nie mieliśmy nigdy w domu wagi. 


W następnej części o pierwszym roku po studiach, kiedy to w nieplanowany sposób wyjechałam do Niemiec, gdzie siedzę do dzisiaj.

czwartek, 23 sierpnia 2012

504 / Moja historia. Cz. 2. Wielkie obżarstwo

Dzisiaj przez cały dzień byłam zajęta. Wstałam przed 10. Dziwne, że nie spałam do oporu. Na 13 poszłam do szkoły, bo miałam dzisiaj dyżur w bibliotece. Potem poszłam powiedzieć jednej klasie o projekcie. Spytałam jednego nauczyciela francuskiego, czy mogę obserwować jego kurs w klasie maturalnej, który jest od podstaw. Chętnie się zgodził. Chciałam to robić, bo w ten sposób będę mieć darmowy kurs francuskiego, a poza tym lubię obserwować lekcje. Będzie to kilka godzin w tygodniu. Już wzięłam sobie z pokoju nauczycielskiego odpowiedni podręcznik. Poza tym ten nauczyciel to niezły przystojniak, więc będzie więcej do obserwowania niż tylko lekcja.

Niezależnie od tego będę chodzić na kurs francuskiego, który będzie w gminie. Jak teraz jestem bezrobotna, to nareszcie mam czas na wszystko, o czym mogłam pomarzyć wcześniej. Przynajmniej taka zaleta... Nawet wstaję trochę wcześniej i rzadko śpię do 12. Będę się teraz dokształcać intensywniej niż kiedykolwiek wcześniej.

Bilans:
10:00 - jogurt naturalny 150g - 50
2 morele - 42
wafel ryżowy - 26
12:00 - mus dla niemowlaków - 107
14:45 - 3 kromki chrupkiego - 63
mus paprykowy do smarowania - 30
gotowane jajko - 78
pomidor - 26
16:30 - kawa z mlekiem - 30
2 wafle ryżowe - 52

Razem: 504 kcal.

Jak zwykle najtrudniej było mi wczesnym popołudniem. Naprawdę nie wiem, dlaczego wtedy jestem strasznie głodna, a po 17 już w ogóle nie odczuwam głodu. Kładę się przecież spać bardzo późno. To oczywiście lepiej, bo wieczorem nic nie jem. Wczesnym popołudniem mam różne myśli, ale je pokonuję, bo wiem, że warto walczyć.

Moje dzisiejsze śniadanie, czyli herbata miętowa, jogurt naturalny z dwiema morelami i wafel ryżowy:


Taki wisiorek sobie ostatnio kupiłam:


Druga część mojej historii:


Drugi etap mojego życia rozpoczął się w wieku 21 lat. Byłam na drugim roku studiów. Non stop kułam, nie miałam poza tym życia. Nigdzie nie wychodziłam. Kiedy moi rodzice wracali do domu, to od razu wołali moje imię, bo wiedzieli, że ja na pewno jestem. Siostra i brat wychodzili do znajomych, ja zawsze siedziałam w domu i czekałam na rodziców. Odrzucałam zaproszenia na imprezy, aż inni przestali mnie zapraszać. Pamiętam, że koleżanka zaprosiła mnie raz na sylwestra, ale ja odmówiłam, bo stwierdziłam, że nie mogę zmarnować dnia i wieczoru. Pamiętam, że na dworze były fajerwerki, ludzie się bawili, a ja siedziałam w swoim pokoju i kułam na pamięć niemieckie ballady. Kiedy fajerwerki się skończyły, to byłam szczęśliwa, bo mogłam dalej spokojnie się uczyć. Kiedy były święta i goście, to ja tylko na chwilę do nich schodziłam, bo przecież musiałam się uczyć. Tak spędzałam każdy dzień, każdy weekend. Piątkowe i sobotnie wieczory też. Nie było wolnego czasu. W niedzielę zawsze szłam na pierwszą mszę, żeby potem cały dzień się uczyć. Zawsze byłam perfekcyjnie przygotowana. Często było tak, że kiedy wchodziłam na egzamin, to wykładowcy mówili: „A, to pani. Pani na pewno wszystko wie” i od razu wpisywali mi 5,0. Bez żadnego pytania. Nawet gdyby mnie pytali, to i tak wszystko bym wiedziała. Byłam najlepszą studentką z roku. Na studiach KAŻDY egzamin zdałam na najwyższą ocenę 5,0 i osiągnęłam na koniec maksymalną możliwą średnią. Obrona magisterki to też była tylko formalność. Byłam jedyną, która chodziła na konsultacje do wykładowców. Po prostu musiałam wszystko wiedzieć. To mi zostało do dzisiaj. Jestem ambitna i chcę wiedzieć jak najwięcej.


Ponieważ tyle się uczyłam, to miałam najwyższe stypendium naukowe. Miałam też stypendium specjalne, bo byłam chora i miałam przyznany stopień niepełnosprawności przez komisję lekarską. Mieszkałam z rodzicami, więc wszystkie pieniądze miałam dla siebie. Wtedy nie interesowałam się ciuchami ani biżuterią. Chodziłam w swetrach, dżinsach i adidasach. Zakładałam na siebie byle co – co leżało pod ręką. Miałam tylko jedną parę kolczyków. Staromodną, którą mój tato kupił wiele lat temu jeszcze w dawnej Czechosłowacji. Do tej pory mam do niej sentyment. Pieniądze wydawałam na książki (w domu u rodziców mam ponad 500 własnych). 


Oprócz tego wydawałam pieniądze niestety na słodycze. Nie wiem dlaczego. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale na drugim roku studiów zaczęłam faszerować się słodyczami. CODZIENNIE jadłam tabliczkę czekolady, chipsy, ciastka, cukierki i wafelki. CODZIENNIE popołudniu i wieczorem ten sam zestaw, tylko inne smaki. Codziennie po zajęciach wracałam do domu z reklamówką pełną słodyczy. Zjeść jedną tabliczkę czekolady naraz to nie był dla mnie żaden problem. Czasami jadłam kilka tabliczek czekolady naraz (tak, dobrze przeczytałyście). Mama mówiła mi, że jem za dużo słodyczy, ale ja nie zwracałam na to uwagi. Każdy dzień był taki sam: nauka i słodycze, a poza tym jadłam to, co gotowała moja mama. Z tym że ona nie gotuje kalorycznie i rzadko smaży. Rzadko też piecze ciasta, bo nie ma czasu. Nie miałam żadnej aktywności fizycznej, nie uprawiałam żadnego sportu. Jedyną aktywnością fizyczną było chodzenie na uczelnię i do kościoła.  


Tak było na drugim, trzecim i czwartym roku studiów. Przytyłam z 48 kg do ok. 65 kg. To i tak cud, że tylko tyle. Muszę powiedzieć, że przy takich ilościach niezdrowych kalorii na dzień każdy przytyje, nawet człowiek mający doskonałą przemianę materii i nie mający skłonności do tycia. Nawet naturalnie chuda osoba przytyje od takiej ilości słodyczy. Naprawdę jest BARDZO mało osób, które by nie przytyły przy takim obżeraniu się.


Ja niestety w tamtych latach zepsułam moją doskonałą przemianę materii i żałuję do dziś, że nie posłuchałam rodziców. Gdybym wtedy tyle nie żarła, to do dzisiaj byłabym chuda i do dzisiaj nie wiedziałabym, co to jest odchudzanie.


W trzeciej części mojej historii będzie o pierwszej skutecznej diecie, czyli o czasie, kiedy postanowiłam zrzucić zbędne kilogramy. Była to zdrowa dieta.

Dzisiaj modelki:


środa, 22 sierpnia 2012

387 / Moja historia. Cz. 1. Dzieciństwo i okres dojrzewania

Dzień zaczęłam od wizyty u dentysty. To była szósta wizyta ze złośliwym zębem i jak na razie ostatnia. W końcu prawie wszystkie nerwy obumarły i tylko trochę mnie bolało. To było leczenie kanałowe. Robili mi dzisiaj różne rzeczy przy tym zębie, takich urządzeń jeszcze nigdy nie widziałam, a na dodatek miałam dzisiaj 2 prześwietlenia tego zęba. Na razie spokój. Będę musiała pójść z nim za pół roku na założenie korony. Cieszę się, że w ostatnich miesiącach wyleczyłam wszystkie zęby.

Dziś nie byłam w szkole, w środy nie chodzę. Do południa nabiegałam się po lekarzach, byłam u ogólnego i u neurologa. Co jakiś czas wracają do mnie problemy ze zdrowiem, teraz znowu chodzę po lekarzach. Tak mam od 18 roku życia. Byłam też w supermarkecie. Kupiłam morele, jabłka, kawę, jogurty naturalne, wafle ryżowe, mus dla niemowląt, pomidory i mus paprykowy do smarowania. Kupiłam też czasopisma. Teraz mam czas na ich czytanie. W końcu przeczytałam czasopisma z kwietniową datą i późniejsze. Potem pięknie posprzątałam mieszkanie, musi być porządek. Aha, w gminie zgłosiłam się na kurs francuskiego. Zaczyna się we wrześniu. Umiem niemiecki, angielski i hiszpański. Teraz francuski. Uczyłam się jeszcze fińskiego i kiedyś na pewno do niego wrócę. Do 30 roku życia zamierzam opanować 6 języków obcych.

Popołudniu byłam u przyjaciół. Cieszę się, że ich mam, bo fajnie razem spędzamy czas. Super się z nimi rozmawia. Oni zawsze mi proponują jedzenie. Dzisiaj mieli naleśniki. Kiedyś zachęcali mnie do spaghetti i do ciasta, ale powiedziałam im już jakiś czas temu, że jestem na specjalnej diecie zaleconej przez lekarza. Z jednej strony miałam dzisiaj ochotę na te naleśniki, ale przecież jestem na specjalnej diecie :) Naleśników nie jadłam od ponad pół roku. Nie zawalę, nie ma takiej opcji. Dzisiaj miałam bardzo długie przerwy między posiłkami, ale bardzo łatwo było mi wytrzymać. Chociaż jest gorąco, to nawet na lody nie miałam ochoty.

Bilans:
9:15 - 3 kromki chrupkiego - 63
12:00 - jogurt naturalny 150g - 50
morela - 21
wafel ryżowy - 26
kawa z mlekiem - 30
18:00 - 3 kromki chrupkiego - 63
mus paprykowy do smarowania - 30
gotowane jajko - 78
pomidor - 26

Razem: 387 kcal. 

Kanapeczki na kolację:


Przedstawiam moją historię, cz. 1:

Od dziecka byłam chuda. Byłam chudym dzieckiem i chudą nastolatką. Każdy zazdrościł mi figury. Moja siostra była pulchna i bardzo się przez to nacierpiała w dzieciństwie (potem schudła w liceum, trzyma wagę i jest super zgrabna). Każdy zawsze mi mówił: „ale ty masz figurę, ale jesteś chuda, chciałabym być taka jak ty”. 

Już kiedy byłam niemowlakiem, to jadłam mało. Kiedy miałam parę miesięcy, to mama zabrała mnie do lekarza, bo kiedy dawała mi butelkę z mlekiem, to piłam tylko 2 łyki i więcej za nic nie chciałam wypić. Mama z tego powodu się o mnie martwiła. Potem zawsze tak było – jadłam bardzo mało. Byłam klasycznym niejadkiem. Jadłam mikroskopijne ilości jedzenia. Rodzice zawsze musieli mnie zmuszać do jedzenia, bo po prostu nie myślałam o jedzeniu. 


To się nie zmieniło, kiedy byłam nastolatką. Kiedy mama robiła pierogi, to jadłam 3 albo 4. Kiedy piekła ciasto, to jadłam kawałek lub dwa. Kiedy były placki ziemniaczane, to jadłam 2. Do szkoły na cały dzień zabierałam jedną małą kanapkę. Nie byłam głodna. Nigdy nie miałam żadnych zaburzeń odżywiania – po prostu więcej nie potrzebowałam.


Była jednak zawsze jedna rzecz, którą kochałam – słodycze. Przez te wszystkie lata prawie codziennie jadłam coś słodkiego, ale zawsze to był tylko jeden batonik, kawałek ciasta albo kawałek czekolady. To mi wystarczało. Zawsze uwielbiałam słodycze i nie wyobrażałam sobie życia bez nich. Nie tyłam, bo nie jadłam za dużo słodyczy. Nie przesadzałam.


Kiedy teraz na to patrzę, to myślę, że przez lata nie jadłam więcej niż 1500 kcal dziennie. To samo było na świętach czy uroczystościach rodzinnych – nigdy się nie przejadałam. Nie wiedziałam, co to znaczy przejeść się. Nawet na swojej osiemnastce nie zjadłam nic oprócz kawałka tortu. To wszystko, co było na stole, po prostu mnie nie ruszało.


Zaznaczam, że nie uprawiałam żadnego sportu. Zawsze nienawidziłam wysiłku fizycznego. Już od podstawówki nienawidziłam wf w szkole. To był mój najgorszy przedmiot, wolałam już matematykę albo fizykę, chociaż jestem humanistką. W liceum załatwiłam sobie zwolnienie lekarskie. Na studiach miałam wf przez 2 semestry i też dostałam zwolnienie od neurologa. Byłam wniebowzięta, bo ćwiczenia fizyczne albo gry zespołowe to była dla mnie największa kara.


W liceum ciężko zachorowałam, leżałam w szpitalu i byłam na sterydach. Bardzo wtedy przytyłam, ale po powrocie do domu bardzo szybko to zrzuciłam. Miałam doskonałą przemianę materii.


Zawsze kochałam swoje ciało. Inne dziewczyny narzekały na nogi, na ramiona czy na coś innego. Ja nie wiedziałam, co to znaczy. Nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, że z moim ciałem coś mogłoby być nie tak. Ten aspekt po prostu dla mnie nie istniał. Nie było czegoś takiego w moim życiu. Byłam z siebie w 100% zadowolona. Nie miałam powodu do narzekań. Chudość, doskonała przemiana materii – czego chcieć więcej?


Coś się jednak zmieniło, kiedy miałam 21 lat. Wtedy spieprzyłam moją przemianę materii. Ale o drugiej części mojego życia za kilka dni.